Kategorie: Wszystkie | Dom | Jacques Prevert | Kraina Deszczowców | Mr. Dog | Ogród
RSS
wtorek, 11 września 2018

Było gorąco. Pewnego dnia spojrzałam na termometr: było 41 stopni w cieniu. To najwyższa temperatura jaką przeżyłam (ledwo) i rekord 40 stopni w tunelu świętego Bernarda został pobity. Poza tym straszna susza wygoniła krowy z pastwisk, wróciły do swoich obór, nie mając co jeść na zwykle zielonych łąkach. Znajdowaliśmy zabite przez upał ptaki, a w ogrodach suche liście opadały z drzew. Po kilku dniach zaczęło padać, a po następnych kilku krowy wróciły na znowu zielone trawy.

Pewnego dnia przyjechała nasza ekipa remontowa, pracowali strasznie ciężko przez 11 dni, a kiedy pojechali mogłam się wreszcie wykąpać i to była piękna chwila. Mogłam też zacząć sprzątać koszmarny bałagan. Sprzątałam przez 10 dni, od rana do wieczora, ścierając każdy pyłek ze wszystkiego i to wielokrotnie, bo kurz wracał jak bumerang, na szczęście w coraz mniejszej ilości. Każda rzecz była zakurzona, każdy fragment domu, każdy przedmiot i bibelot, wszystko tonęło w kurzu. Najbiedniejszy był Pan Pies, który musiał mieszkać w kurzu, nie miał się gdzie podziać i często był "przekładany" na inne miejsce, bo zwykle kładł się w najberdziej uczęszczanym miejscu i oczywiście w największym bałaganie. Dzięki temu wymyśliłam nowe Prawo Murphy'ego: "Pies w czasie remontu zawsze kładzie się tam, gdzie najbardziej przeszkadza".

Pan i Władca przyjechał, kiedy już było po wszystkim. A ja nie mogę chodzić do dziś, bo nawaliły mi kolana i nie mogę się schylać, nie wiem dlaczego, hihihi...

Na koniec kawałek domku, który niczego nie wyjaśnia:

My house in Rain Land - black cat

piątek, 20 lipca 2018

Kilka bajeczek, które mogą być aktualne w naszej rzeczywistości obecnej, czyli współczesnej. Każdy znajdzie analogie. No, może nie każdy.

Autorem jest nieodżałowany Andrzej Waligórski:

"Przyszedł gość do doktora, biada na swe zdrowie.
Jakaś mi żaba - mówi - wyrosła na głowie.
Umówmy się - odrzekło to zwierzę niegłupie - 
nie ja jemu na głowie, lecz on mnie na dupie.

Zrobił wilk elektrownię, lecz by prąd uzyskać
Spalał w niej cały węgiel z kopalni od liska.
Kopalnia z elektrowni cały prąd zżerała,
Stąd brak światła i węgla. Ale system działa!

Raz ordynarny niedźwiedź kucnąwszy na łące
W dość niewybredny sposób podtarł się zającem.
Zając się potem chwali żonie po obiedzie:
- Wiesz stara, nawiązałem współpracę z niedźwiedziem!

Kiedyś pijany zając włóczył się po rżysku,
A spotkawszy niedźwiedzia naprał go po pysku.
Niedźwiedź wpadłszy do domu wrzasnął - Leokadio!
Coś się chyba zmieniło, włącz no prędko radio!

Udzielał raz wywiadu kotek, że jest zdrowy,
Wtem uszki mu opadły, oczki wyszły z głowy.
Pękł mu brzuch, ogon, płuca i głosowa struna
Wreszcie zdębiał, ocipiał, zesrał się i umarł"

19:05, e.urlik , Dom
Link Komentarze (11) »
czwartek, 12 lipca 2018

Nie wiem, jaki jest stosunek mieszkańców "reszty Polski" do tzw. pielgrzymów, ale wszyscy mieszkańcy Częstochowy których znam, uważają ich za element niepożądany. Oczywiście "element niepożądany" to eufemizm, bo kryje się w tym określeniu wiele agresji, złości i bezradności. Myślę, że podobnie czuli się ludzie w małych miejscowościach, w których stacjonowały oddziały wojsk.

Szósta rano. Droga, którą idą jest oddalona od naszego domu o co najmniej 600 metrów, ale nawiedzone głosy śpiewające święte pieśni słychać nawet z pięciu kilometrów. I wierzcie mi, nie są to głosy ludzi, którzy potrafią śpiewać, a głosy kobiet brzmią jak wycie opętanych. Głos wzmocniony przez megafony niesie się daleko i odbiera możliwość snu, podnosi ciśnienie i (przepraszam z góry) wkurwia. Gdybym chciała tego słuchać, poszłabym do kościoła i nie chcę, żeby kościół / klasztor przychodził do mnie. 

Południe. Ciągle idą i zawodzą. Wielu mieszkańców ma chęć kupić kałacha, żeby mieć trochę spokoju. Kończą czasem przed drugą, a czasem nie. A apogeum jest przed 15 sierpnia. Ale wtedy nas tu nie ma. Jesteśmy tam, gdzie religia nie powoduje u ludzi martwicy mózgu.

13:33, e.urlik
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 09 lipca 2018

Od tygodnia jesteśmy z powrotem w Wielkim Domu. Remont w Krainie Deszczowców jest na etapie schnięcia wylewek po założeniu ogrzewania podłogowego. Możemy tam jechać za trzy tygodnie, kiedy beton zastygnie i będzie można położyć na nim podłogi. Pan Pies ucieszył się z powrotu, bo tu ma wielki obszar do obwąchania i wiele zwierząt do wytropienia. Ale najważniejsze, że ma tu najwygodniejsze łóżeczko na świecie: wielkie, mięciutkie i wygodne, na którym można się wylegiwać na jednym boczku, na drugim boczku i jeszcze na pleckach. 

Pan Pies zaczyna być staruszkiem. Śpi długo, długo i łapki przestały go słuchać, kiedy próbuje się podnieść z posłania. Chodzi wolniej i jakby ostrożniej, choć cieszy się jak dawniej. W czarnych włosach coraz więcej srebra i czasem nie je śniadań. Ma około dziewięciu lat (nie wiemy dokładnie, bo jest ze schroniska) i niestety jego rasa skazuje go na śmierć w wieku najpóźniej 12 lat. Staram się o tym nie myśleć, ale strach przed stratą mojego cudownego stworzenia czasem mnie powala.

Quattro the Dog - Black Russian Terrier

Poza tym od powrotu Pan Pies ma biegunkę (6 dni) i mimo stosowania różnych lekarstw (węgiel, smecta) nie za bardzo jest lepiej. Pani Vet dziś dała mu antybiotyk i kazała kupić nitrofurazyd, ale martwię się, czy to nie jest nic poważniejszego. Tyle dni! Dobrze, że pije normalnie i nie wygląda na biedaczysko z bólem brzucha. Mój słodki!

To tylko pies, tak mówisz, tylko pies... A ja ci powiem, że pies to czasem więcej niż człowiek
On nie ma duszy, mówisz... Popatrz jeszcze raz
Psia dusza większa jest od psa
My mamy dusze kieszonkowe, maleńka dusza, wielki człowiek
Psia dusza się nie mieści w psie
I kiedy się uśmiechasz do niej, ona się huśta na ogonie
A kiedy się pożegnać trzeba i psu czas iść do psiego nieba
To niedaleko pies wyrusza, przeciez przy tobie jest psie niebo
Z tobą zostaje jego dusza (B.Borzymowska)

Tagi: Pan Pies
16:18, e.urlik , Mr. Dog
Link Komentarze (10) »
czwartek, 21 czerwca 2018

Pogoda: rano lało, potem przestało, jest chłodno i ślicznie.

Wesoła wydra, w pasiastym ubranku wita przyjezdnych przy wjeździe do Otterndorf, czyli Wioski Wydr. Dwie wesołe wydry z wąsatymi pyszczkami bawią się obok ratusza na wielkim kamieniu, błyszczące od spływającej po nich wody z fontanny. (widać je na tle piwnicznego okna budynku Ratusza):

Otterndorf in my Rain Land

Miasteczko nie jest naszym najbliższym miasteczkiem, ale jest większe i jest tam biblioteka, do której jeździmy chociaż raz w tygodniu, żeby skorzystać z internetu. Poza tym są tu sklepy, których nie ma w pobliżu nas i jest też plaża i widać morze i są tu jarmarki i inne wydarzenia, króre nie wiedzieć czemu najczęściej odbywają się w trakcie ulew i lodowatego wiatru. Miasteczko nie jest najpiękniejsze na świecie, ale nam wystarcza jako odskocznia od wioseczki, w której mieszkamy. Poniżej: główna ulica:

Otterndorf in my Rain Land

Po drugiej stronie też jest ładnie:

Otterndorf in my Rain Land

Najpiękniejszy jest ptak na szczycie jednej z kamienic. A w bocznej uliczce są też inne ptaszki, które mieszkają na dachu (to jeden z najładniejszych zaułków miasteczka, malutkie domki ze ślicznymi ogródkami):

Otterndorf in my Rain Land

A tu (poniżej) mieści się harbaciarnia z setkami gatunków herbat i wielu różnych mydełek, ziół, amuletów, filiżanek do kawy i herbacianych kubków i słoni z podniesionymi trąbami:

Otterndorf in my Rain Land

A obok kościoła (tak, tak, kościół też tu jest) i serii sklepików różnej maści (drogich...) i kilku restauracji odbywa się mały spektakl uliczny:

Otterndorf in my Rain Land

Poza tym Wydrowa Wioska jest uzdrowiskiem i ceny są tam wielkie jak rzeka Elba, ale za to są tłumy turystów, których widok przekonuje nas, że my jesteśmy TUTEJSI!

wtorek, 12 czerwca 2018

Dziś będzie o ogrodzie, który rozwala się przy zachodniej stronie domu. Różnica między dwoma częściami, czyli tej od ulicy i zadnią polega głównie na tym, że w zadniej niewiele da się zrobić. Rośliny tam stare i dobrze wyrośnięte (i wrośnięte) i można jedynie kosić trawę, o ile nie pada.

My garden in Rain Land

Zwykle trawa jest tak nasiąknięta wodą, że kosiarka działa jak wypluwacz (cokolwiek to jest, ale tak właśnie działa). Wszystkie krzewy są kolczaste (oprócz jednej różowej hortensji), natomiast drzewa są absolutnie pozbawione kolców! Takie cuda się tu dzieją! Po lewej widać orzech włoski, po prawej te wielkie, to są Wielkie Drzewa, a kiedy spojrzycie na godzinę pierwszą (na zdjęciu, kiedy spojrzy się na nie tak, jak na cyferblat zegara) to zobaczycie prawdziwe drzewo pigwowe! Nie mogłam uwierzyć, kiedy w zeszłym roku zobaczyłam żółte owoce, przypominające kształtem jabłuszka. Upiekłam z nich dwa ciasta crumbles, ale to już inna historia.

My garden in Rain Land

Takich zakątków jest w ogrodzie wiele. Roślina, która oplata wysoki krzew to odmiana chmielu, która nie ma szyszek, za to jest obrzydliwa w dotyku i rozrasta się jak zaraza. Walczymy z nią już drugi rok, ale nie można się jej pozbyć bez napalmu, albo armii chmielożernych stworzeń.

Z okna po zachodniej stronie domu widać to:

My garden in Rain Land

Z góry wygląda to lepiej, bo brudna woda i uschniete liście (w wodzie!) nie rzucają się w oczy. W sadzawce mieszkają czerwone i żółte rybki. Małe biedactwa przeżyły zimę, mimo że nikt ich nie karmił, były pozostawione same sobie, ale mam wrażenie że teraz jest ich dużo więcej niż jesienią. Skoro się rozmnożyły, to znaczy, że nie jest im bardzo źle.

Sadzawka powinna być czyszczona przez naszego sąsiada, który odziedziczył ten obowiązek po swoim ojcu, wraz z domem i wielkim ogrodem. Sadzawka jest akwenem granicznym i choć w całości leży po naszej stronie ogrodu, to Paul (poprzedni właściciel) zapewnia nas, że nie musimy się tym przejmować. Ale jak się nie przejmować biednymi stworzeniami, gdy populacja rośnie, a woda coraz brudniejsza?

Czasem wcześnie rano widzę parę dzikich kaczek, które chyba u nas nocują. Niestety Pan Pies płoszy je co rano i obawiam się, że przestaną do nas zaglądać. Mieszka tu też zielona żabka, która przyszła w odwiedziny jesienią. Kiedy zeszłam rano z poddasza, siedziała spokojnie na fotelu, jakby przyszła na poranną herbatkę. Wzięłam ją w złączone dłonie i zostawiłam na brzegu sadzawki.

My garden in Rain Land with frog

To nie była ta żaba, tamta była malutka i zielona. Ale ta też u nas mieszka wśród wielkich liści. Znalazłam ją przez przypadek, taka była zamaskowana. Czasem ją odwiedzam z Panem Psem. 

wtorek, 05 czerwca 2018

Kraina Deszczowców od kilku tygodni zamieniła się w Krainę Słońca i Ciepełka. Ale od wczoraj co chwilę leje, grzmi i ogólnie wszystko wróciło do normy. Od kilku tygodni prawie nic nie robimy, czekając na remont, który zacznie się hm... jeszcze nie wiadomo. Próbuję zająć się ogrodem, który stworzyła Evelyn i w którym wszystko jest... kolczaste.

Poniżej: tak wygląda od uliczki, czyli z przodu:

My garden in Rain Land

Evelyn pochodziła z Finlandii. Nie wiem, jakie są fińskie ogrody, ale ten mógłby się nazywać "ogród ciernistych krzewów". Są tu róże z wielkimi kolcami, są róże z drobnymi kolcami. Są kolczaste krzewy berberysu, jest ostrokrzew, który chwyta mnie za ubranie, kiedy przechodzę obok. Są oczywiście inne róże i kolczaste krzewy, których nazwy nie znam no i oczywiście róże. A, i więcej róż.

My garden in Rain Land

Przy małym domku jest pompa, gąszcz chwastów i wielka micha, z której pies uwielbia pić wodę, mimo że jest pełna alg, małych stworzeń i pewnie trochę śmierdzi. Pod dachem jest wielki hotel dla owadów, które próbują przepchnąć swoje wielkie pupy w małe dziurki i podlatują od jednej do drugiej, zanim znajdą właściwy rozmiar. W donicy mieszka myszka, a na tym krzewie obok dziesiątki motyli.

My garden in Rain Land

Mieszkają u nas takie okazy. Nad szyją okazu jest malutki ptaszek siedzący na poidełku. Gąszcz roślin jest nie do przebycia, a większość roślin nigdy nie zakwitnie z tego prostego powodu, że są to rośliny, które nie kwitną.

My garden in Rain Land

A to jest pierwszy metr kwadratowy, który udało mi się wydrzeć chwastom. Posiałąm tam maciejkę, wyrosła ledwo-ledwo, bo pewnie ma zbyt dobrą ziemię. Bo ziemia tutaj jest czarna, żyzna, lekka, wspaniała i zawsze wilgotna. Sadzić i sieć tutaj, to prawdziwa przyjemność, bo wszystko rośnie wielkie i piękne, nigdy nie trzeba podlewać, wystarczy wypielić chwasty. Więc po co sadzić wszędzie kolczaste krzewy, których nie można się pozbyć, chyba że ma się rękawice ze skóry smoka. Na miejsce berberysów chciałabym posadzić hortensje, które tutaj urosną jak drzewa. Tak będzie, wiem, że dam radę. Tylko niech trochę przestanie lać!

czwartek, 17 maja 2018

Pogoda: nie pada, ale wilgotność 86 %, temp. 13 stopni.  

Po pięciu dniach pogoda zwiędła, zaczęło padać i padało przez następne dwanaście. Temperatura spadła do siedmiu, a w nocy przytrafiały się przymrozki. Mówiąc szczerze nic nam się nie chciało, dzieliliśmy czas na drzemanie pod kocykiem, przysypianie przed telewizorem, czytanie, też pod kocykiem, małe zakupy, bibliotekę i przygotowywanie jedzenia. Pan Pies wpadł w depresję i nie chciał nawet wychodzic na spacery, tym bardziej, że wyżłowata suka od Madame Giselle strasznie go stresowała, zza płotu obrzucając go straszliwymi inwektywami i to pewnie po niemiecku. Chwilami pokazywało się słońce, ale po chwili znowu się deszczyło, mżyło, kropiło, lało, kapało i szumiało.

Co jakiś czas zjawiał się któryś sąsiad, (o sąsiadach jeszcze napiszę), sprawdzając co porabiamy i jakby trzeba było coś... Strasznie mili, choć wiedziałam przecież, że przychodzą ciekawi jak sprawują się przybysze. Na kilka tygodni zostaliśmy lokalną atrakcją.

HISTORIA c.d: Dom w imieniu właścicielki sprzedawał Paul, jej mąż. Evelyne leżała w szpitalu i u

mierała, choć nigdy nie spytaliśmy Paula na co była chora. Wiedzieliśmy, że marzeniem Evelyne jest sprzedać dom przed śmiercią, ale nie wiemy dlaczego, nie chcąc jeszcz zasmucać Paula. W każdym razie umówiliśmy się z notariuszem na kwiecień, kiedy wszystkie potrzebne dokumenty znajdą się w kancelarii. Pojechaliśmy do domu, zadowoleni, żezapewne już w maju będziemy mogli pomieszkać w naszym małym domku. Stało się to dużo później, ale o tym następnym razem c.d.n.

A teraz zapraszam was na herbatkę. Zdjęcia zostały zrobione kilka dni po tym, jak wreszcie mogliśmy pobyć w naszym domku:

 

Home in Rainland Entrance and vestibule

To jest przedsionek, drzwi wejściowe są z tyłu, a z lewej wejście na salony. Przez okno widać stodołę, czyli domeczek z pokoikiem, łazienką i sauną. Na wprost psie jedzenie i reszta bałaganu.

Home in Rainland: living room and stairs

Schody na górę (wiadomo), pod schodami mieszka Pan Pies, a za schodami salonik. W tej chwili zaszło w nim wiele zmian, które pokażę, jak już wszystko będzie urządzone tak, jak chcę, tylko kiedy to będzie? Okna wychodzą na południe i zachód, więc światła jest mnóstwo, o ile dzień nie jest deszczowy. Zwykle jest.

Home in Rainland: living room

Bałagan spowodowany przez Pana i Władcę. Wszędzie, gdzie koczuje, natychmiast rozkłada swoje biuro. W rogu stoi stary piec, którego nie będziemy mogli używać, ze względu na strzechę.

Home in Rainland: kitchen

Kuchnia jest okropna. Nie jest tak krzywa, jak na zdjęciu, ale jest w niej straszny bałagan. Za dużo rzeczy na blacie, na półkach, na podłodze. Musimy przywieźć szafki wiszące, pomaluję wszystko na biało i będzie lepiej. Jedynie kredens udało się jakoś uporządkować. Nie macie pojecia ilu rzeczy zdołaliśmy się już pozbyć. 

Home in Rainland: upstairs

Właśnie weszliśmy na górę. Okno wychodzi na wschód i na tę śliczną wiśnię japońską, na stodołę, czyli domeczek z sauną, a dalej na drogę i nieskończone pola kukurydzy. Poza tym jest tu jak w beczce: wszystko drewniane.

Home in Rainland: upstairs

Kiedy odwrócicie się o 180 stopni, to zobaczycie sypialnię ukrytą za paskudnym meblem z płyty. Mebel zostanie pomalowany, tak jak obie ściany szczytowe, okna ubiorę w firanki, dodam jeszcze kilka różnych takich i będzie cudnie, prawda?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18
Zakładki:
My travel blog
Flag Counter