Kategorie: Wszystkie | Dom | Jacques Prevert | Kraina Deszczowców | Mr. Dog | Ogród
RSS
czwartek, 21 czerwca 2018

Pogoda: rano lało, potem przestało, jest chłodno i ślicznie.

Wesoła wydra, w pasiastym ubranku wita przyjezdnych przy wjeździe do Otterndorf, czyli Wioski Wydr. Dwie wesołe wydry z wąsatymi pyszczkami bawią się obok ratusza na wielkim kamieniu, błyszczące od spływającej po nich wody z fontanny. (widać je na tle piwnicznego okna budynku Ratusza):

Otterndorf in my Rain Land

Miasteczko nie jest naszym najbliższym miasteczkiem, ale jest większe i jest tam biblioteka, do której jeździmy chociaż raz w tygodniu, żeby skorzystać z internetu. Poza tym są tu sklepy, których nie ma w pobliżu nas i jest też plaża i widać morze i są tu jarmarki i inne wydarzenia, króre nie wiedzieć czemu najczęściej odbywają się w trakcie ulew i lodowatego wiatru. Miasteczko nie jest najpiękniejsze na świecie, ale nam wystarcza jako odskocznia od wioseczki, w której mieszkamy. Poniżej: główna ulica:

Otterndorf in my Rain Land

Po drugiej stronie też jest ładnie:

Otterndorf in my Rain Land

Najpiękniejszy jest ptak na szczycie jednej z kamienic. A w bocznej uliczce są też inne ptaszki, które mieszkają na dachu (to jeden z najładniejszych zaułków miasteczka, malutkie domki ze ślicznymi ogródkami):

Otterndorf in my Rain Land

A tu (poniżej) mieści się harbaciarnia z setkami gatunków herbat i wielu różnych mydełek, ziół, amuletów, filiżanek do kawy i herbacianych kubków i słoni z podniesionymi trąbami:

Otterndorf in my Rain Land

A obok kościoła (tak, tak, kościół też tu jest) i serii sklepików różnej maści (drogich...) i kilku restauracji odbywa się mały spektakl uliczny:

Otterndorf in my Rain Land

Poza tym Wydrowa Wioska jest uzdrowiskiem i ceny są tam wielkie jak rzeka Elba, ale za to są tłumy turystów, których widok przekonuje nas, że my jesteśmy TUTEJSI!

wtorek, 12 czerwca 2018

Dziś będzie o ogrodzie, który rozwala się przy zachodniej stronie domu. Różnica między dwoma częściami, czyli tej od ulicy i zadnią polega głównie na tym, że w zadniej niewiele da się zrobić. Rośliny tam stare i dobrze wyrośnięte (i wrośnięte) i można jedynie kosić trawę, o ile nie pada.

My garden in Rain Land

Zwykle trawa jest tak nasiąknięta wodą, że kosiarka działa jak wypluwacz (cokolwiek to jest, ale tak właśnie działa). Wszystkie krzewy są kolczaste (oprócz jednej różowej hortensji), natomiast drzewa są absolutnie pozbawione kolców! Takie cuda się tu dzieją! Po lewej widać orzech włoski, po prawej te wielkie, to są Wielkie Drzewa, a kiedy spojrzycie na godzinę pierwszą (na zdjęciu, kiedy spojrzy się na nie tak, jak na cyferblat zegara) to zobaczycie prawdziwe drzewo pigwowe! Nie mogłam uwierzyć, kiedy w zeszłym roku zobaczyłam żółte owoce, przypominające kształtem jabłuszka. Upiekłam z nich dwa ciasta crumbles, ale to już inna historia.

My garden in Rain Land

Takich zakątków jest w ogrodzie wiele. Roślina, która oplata wysoki krzew to odmiana chmielu, która nie ma szyszek, za to jest obrzydliwa w dotyku i rozrasta się jak zaraza. Walczymy z nią już drugi rok, ale nie można się jej pozbyć bez napalmu, albo armii chmielożernych stworzeń.

Z okna po zachodniej stronie domu widać to:

My garden in Rain Land

Z góry wygląda to lepiej, bo brudna woda i uschniete liście (w wodzie!) nie rzucają się w oczy. W sadzawce mieszkają czerwone i żółte rybki. Małe biedactwa przeżyły zimę, mimo że nikt ich nie karmił, były pozostawione same sobie, ale mam wrażenie że teraz jest ich dużo więcej niż jesienią. Skoro się rozmnożyły, to znaczy, że nie jest im bardzo źle.

Sadzawka powinna być czyszczona przez naszego sąsiada, który odziedziczył ten obowiązek po swoim ojcu, wraz z domem i wielkim ogrodem. Sadzawka jest akwenem granicznym i choć w całości leży po naszej stronie ogrodu, to Paul (poprzedni właściciel) zapewnia nas, że nie musimy się tym przejmować. Ale jak się nie przejmować biednymi stworzeniami, gdy populacja rośnie, a woda coraz brudniejsza?

Czasem wcześnie rano widzę parę dzikich kaczek, które chyba u nas nocują. Niestety Pan Pies płoszy je co rano i obawiam się, że przestaną do nas zaglądać. Mieszka tu też zielona żabka, która przyszła w odwiedziny jesienią. Kiedy zeszłam rano z poddasza, siedziała spokojnie na fotelu, jakby przyszła na poranną herbatkę. Wzięłam ją w złączone dłonie i zostawiłam na brzegu sadzawki.

My garden in Rain Land with frog

To nie była ta żaba, tamta była malutka i zielona. Ale ta też u nas mieszka wśród wielkich liści. Znalazłam ją przez przypadek, taka była zamaskowana. Czasem ją odwiedzam z Panem Psem. 

wtorek, 05 czerwca 2018

Kraina Deszczowców od kilku tygodni zamieniła się w Krainę Słońca i Ciepełka. Ale od wczoraj co chwilę leje, grzmi i ogólnie wszystko wróciło do normy. Od kilku tygodni prawie nic nie robimy, czekając na remont, który zacznie się hm... jeszcze nie wiadomo. Próbuję zająć się ogrodem, który stworzyła Evelyn i w którym wszystko jest... kolczaste.

Poniżej: tak wygląda od uliczki, czyli z przodu:

My garden in Rain Land

Evelyn pochodziła z Finlandii. Nie wiem, jakie są fińskie ogrody, ale ten mógłby się nazywać "ogród ciernistych krzewów". Są tu róże z wielkimi kolcami, są róże z drobnymi kolcami. Są kolczaste krzewy berberysu, jest ostrokrzew, który chwyta mnie za ubranie, kiedy przechodzę obok. Są oczywiście inne róże i kolczaste krzewy, których nazwy nie znam no i oczywiście róże. A, i więcej róż.

My garden in Rain Land

Przy małym domku jest pompa, gąszcz chwastów i wielka micha, z której pies uwielbia pić wodę, mimo że jest pełna alg, małych stworzeń i pewnie trochę śmierdzi. Pod dachem jest wielki hotel dla owadów, które próbują przepchnąć swoje wielkie pupy w małe dziurki i podlatują od jednej do drugiej, zanim znajdą właściwy rozmiar. W donicy mieszka myszka, a na tym krzewie obok dziesiątki motyli.

My garden in Rain Land

Mieszkają u nas takie okazy. Nad szyją okazu jest malutki ptaszek siedzący na poidełku. Gąszcz roślin jest nie do przebycia, a większość roślin nigdy nie zakwitnie z tego prostego powodu, że są to rośliny, które nie kwitną.

My garden in Rain Land

A to jest pierwszy metr kwadratowy, który udało mi się wydrzeć chwastom. Posiałąm tam maciejkę, wyrosła ledwo-ledwo, bo pewnie ma zbyt dobrą ziemię. Bo ziemia tutaj jest czarna, żyzna, lekka, wspaniała i zawsze wilgotna. Sadzić i sieć tutaj, to prawdziwa przyjemność, bo wszystko rośnie wielkie i piękne, nigdy nie trzeba podlewać, wystarczy wypielić chwasty. Więc po co sadzić wszędzie kolczaste krzewy, których nie można się pozbyć, chyba że ma się rękawice ze skóry smoka. Na miejsce berberysów chciałabym posadzić hortensje, które tutaj urosną jak drzewa. Tak będzie, wiem, że dam radę. Tylko niech trochę przestanie lać!

czwartek, 17 maja 2018

Pogoda: nie pada, ale wilgotność 86 %, temp. 13 stopni.  

Po pięciu dniach pogoda zwiędła, zaczęło padać i padało przez następne dwanaście. Temperatura spadła do siedmiu, a w nocy przytrafiały się przymrozki. Mówiąc szczerze nic nam się nie chciało, dzieliliśmy czas na drzemanie pod kocykiem, przysypianie przed telewizorem, czytanie, też pod kocykiem, małe zakupy, bibliotekę i przygotowywanie jedzenia. Pan Pies wpadł w depresję i nie chciał nawet wychodzic na spacery, tym bardziej, że wyżłowata suka od Madame Giselle strasznie go stresowała, zza płotu obrzucając go straszliwymi inwektywami i to pewnie po niemiecku. Chwilami pokazywało się słońce, ale po chwili znowu się deszczyło, mżyło, kropiło, lało, kapało i szumiało.

Co jakiś czas zjawiał się któryś sąsiad, (o sąsiadach jeszcze napiszę), sprawdzając co porabiamy i jakby trzeba było coś... Strasznie mili, choć wiedziałam przecież, że przychodzą ciekawi jak sprawują się przybysze. Na kilka tygodni zostaliśmy lokalną atrakcją.

HISTORIA c.d: Dom w imieniu właścicielki sprzedawał Paul, jej mąż. Evelyne leżała w szpitalu i u

mierała, choć nigdy nie spytaliśmy Paula na co była chora. Wiedzieliśmy, że marzeniem Evelyne jest sprzedać dom przed śmiercią, ale nie wiemy dlaczego, nie chcąc jeszcz zasmucać Paula. W każdym razie umówiliśmy się z notariuszem na kwiecień, kiedy wszystkie potrzebne dokumenty znajdą się w kancelarii. Pojechaliśmy do domu, zadowoleni, żezapewne już w maju będziemy mogli pomieszkać w naszym małym domku. Stało się to dużo później, ale o tym następnym razem c.d.n.

A teraz zapraszam was na herbatkę. Zdjęcia zostały zrobione kilka dni po tym, jak wreszcie mogliśmy pobyć w naszym domku:

 

Home in Rainland Entrance and vestibule

To jest przedsionek, drzwi wejściowe są z tyłu, a z lewej wejście na salony. Przez okno widać stodołę, czyli domeczek z pokoikiem, łazienką i sauną. Na wprost psie jedzenie i reszta bałaganu.

Home in Rainland: living room and stairs

Schody na górę (wiadomo), pod schodami mieszka Pan Pies, a za schodami salonik. W tej chwili zaszło w nim wiele zmian, które pokażę, jak już wszystko będzie urządzone tak, jak chcę, tylko kiedy to będzie? Okna wychodzą na południe i zachód, więc światła jest mnóstwo, o ile dzień nie jest deszczowy. Zwykle jest.

Home in Rainland: living room

Bałagan spowodowany przez Pana i Władcę. Wszędzie, gdzie koczuje, natychmiast rozkłada swoje biuro. W rogu stoi stary piec, którego nie będziemy mogli używać, ze względu na strzechę.

Home in Rainland: kitchen

Kuchnia jest okropna. Nie jest tak krzywa, jak na zdjęciu, ale jest w niej straszny bałagan. Za dużo rzeczy na blacie, na półkach, na podłodze. Musimy przywieźć szafki wiszące, pomaluję wszystko na biało i będzie lepiej. Jedynie kredens udało się jakoś uporządkować. Nie macie pojecia ilu rzeczy zdołaliśmy się już pozbyć. 

Home in Rainland: upstairs

Właśnie weszliśmy na górę. Okno wychodzi na wschód i na tę śliczną wiśnię japońską, na stodołę, czyli domeczek z sauną, a dalej na drogę i nieskończone pola kukurydzy. Poza tym jest tu jak w beczce: wszystko drewniane.

Home in Rainland: upstairs

Kiedy odwrócicie się o 180 stopni, to zobaczycie sypialnię ukrytą za paskudnym meblem z płyty. Mebel zostanie pomalowany, tak jak obie ściany szczytowe, okna ubiorę w firanki, dodam jeszcze kilka różnych takich i będzie cudnie, prawda?

piątek, 11 maja 2018

Dotarliśmy późnym wieczorem, ale resztki dnia jeszcze plątały się po polach. Daleko na zachodzie słońce zachodzi co najmniej godzinę później, niż na polskiej szerokości geograicznej. Pierwsza niespodzianka - taki widok: 

Japan cherry in our garden

Oczywiście było dużo ciemniej, więc zdjęcie zrobiłam dopiero następnego dnia. Po prawej stronie widać kawałek domu naszych sąsiadów, a to oszklone to przedsionek / weranda / łapacz wiatru. 

Druga niespodzianka czekała nas w domu - nie ma prądu! Nie ma i już, choć próbujemy wszystkich włączników, usiłujemy reanimować lodówkę, w domu zimno jak w psiarni, bo piec bez prądu jakoś nie chce pracować, pies opuszczony pośrodku ogrodu... mała apokalipsa i tyle. Na szczęście pamiętałam, gdzie są świeczki, a Pan i Władca pamiętał, gdzie jest latarka. Z latarką idzie odkręcić wodę, co nie jest proste, bo ustrojstwo do odkręcania ukryte jest pod ciężkim włazem i pod powierzchnią wody w ogrodzie. Idziemu spać trochę brudni i głodni, bo tylko Pan Pies dostał kolację... Ładnie się zaczyna.

HISTORIA: Właściwie, to zaczęło się cztery lata temu, kiedy po powrocie z Bretanii postanowiliśmy zamieszkać za granicą. Długo zastanawialiśmy się nad nową ojczyzną. Włochy - za gorąco, Francja - Pan i Władca nie zna języka i czułby się samotny, Holandia - drogo, Czechy - nie ma morza, a o morze chodziło nam najbardziej. Rozpoczęło się wielkie przekopywanie internetu. Znaleźliśmy setki domów, które nam się podobały i które kosztowały niedrogo. Cudowne wiejskie domki w Normandii i Bretanii, duńskie chaty przecudnej urody i do tego taniocha, niemieckie takie sobie, ale można było znaleźć coś interesującego. Przez trzy lata jeździliśmy do Schleswig- Holstein i Danii cierpliwie oglądając dom za domem. Aż w zeszłum roku, wiosną pojechaliśmu do Niedersachsenna północny koniuszek, gdzie potężna Elba wlewa się do Morza Północnego, nie spodziewając się, że tam...

Poniżej nasz dom widziany z drogi, poprzez ogród sąsiada. Zdjęcie z zeszłego roku.

Our House in Niedersachsen

To był kompletny przypadek. Agentka nieruchomości, z którą byliśmy umówieni na oglądanie innego domu zadzwoniła rano i powiedziała, że dom który miała nam pokazać został sprzedany, ale ma inny, który właśnie się pojawił na rynku i będziemy go oglądać jako pierwsi. 

Oniemieliśmy - tak, to był nasz dom - malutki (85 m2), strzecha, niewielki ogród, zaraz za progiem rzeka, 15 kilometrów od plaży i było nas na niego stać. c.d.n.

Rano PiW (Pan i Władca) znalazł numer telefonu do elektryków i ponieważ w języku biegły, poprosił o przyjazd. Przyjechała Pani Elektryk  (tak, tak) i przez dwie godziny, mrucząc pod nosem szukała przyczyny awarii. I znalazła - kable poprzegryzało jakieś zwierzę, zapewne kuna (śliczne są, a takie wredne), ale prąd popłynął i do lodówki i do pieca i do czajnika z wodą, eh, raj na ziemi znowu się zrobił, tym bardziej, że słońce świeciło przepięknie i zrobiło się CIEPŁO i nie zepsuł tego nawet bardzo bolesny rachunek za naprawę prądu.

Kolejna niespodzianka czekała na nas w małym domku obok domu, gdzie jest mały pokoik, łazienka i sauna. Jesienią zakręciliśmy wodę w domku i wylaliśmy ją z różnych zbiorników. Niestety zapomnieliśmy o prysznicu, w którym pozostała odeobina wody. Mróz oczywiście rozsadził kran i kiedy PiW odkręcił wodę, ta lała się przez całą noc. Eh, nie chce mi się o tym opowiadać.

Our home in Niedersachsen

Pan Pies wylazł rano na drogę i patrzy w stronę wału przy rzece. Zaraz pójdziemy na spacer.

Our home in Niedersachsen

Południowa strona domku. Okna wychodzą na południe i to się nie zmieniło, choć zdjęcie jest z poprzedniego lata. 

Póki co, to posprzątaliśmy dom, który przez całą zime w posiadaniu armii pająków. Odwiedziliśmy okoliczne miasteczka w celu nabycia drogą kupna żywności, każdego dnia mamy gości, a pogoda jest jak z bajki o Krainie Słońca. Zepsuł się elektryczny kominek, który przywieźliśmy, żeby dogrzać trochę chatę, PiW zepsuł się telefon, dalej nie mamy internetu, ale Pani w Bibliotece pozwoliła nam używać własnych laptopów. 

Będę pisać o życiu tutaj, bo strasznie mi tu (na razie - dopisek realistycznej strony mojej duszy) dobrze, choćby nikt nie chciał już o tym czytać. Pozdrawiam tych, którzy jeszcze chcą, a dla Ani, Magdy i BBM moje najpiękniejsze uśmiechy.

POGODA: cudowna, 25 stopni i bezchmurnie.

sobota, 14 kwietnia 2018

Jutro wyjeżdżamy raniutko, może nie skoro świt, ale najpóźniej o ósmej, zapakowani pod sufit, pewnie niewyspani i zestresowani, ale dzielni. Pan Pies pewnie nie będzie chciał wskoczyć do tyłu samochodu, bo odkąd się postarzał, sprawia mu to trudność. Ale poniewać uwielbia jeździć, więc kilka "hop"-ów powinno wystarczyć na zachętę. Potem będziemy jechać i jechać i jechać przez 1050 kilometrów, ciągle na północny-zachód, choć bardziej na zachód niż północny. Będziemy pewnie często stawać, bo najpierw ja siusiu i Pan Pies siusiu i jedzonko i kawcia, a potem bo Pan i Władca będzie już padnięty. Ale w końcu dojedziemy do malutkiej wioseczki obok wielkiej rzeki i niedaleko ogromnego morza, które jest częścią średniej wielkości oceanu. 

Kiedy już w końcu dojedziemy, zaparkujemy pod naszą drewnianą wiatą i będziemy najpierw wnosić bagaże, a potem napijemy się herbaty z cytryną, nakarmimy psa, ale nie wiem, czy przed nocą zdążymy. A, jeszcze musimy odkręcić wodę po zimie. Potem rozłożymy psu legowisko pod schodami i pójdziemy spać na górę. Zapewne będzie padać, bo tam pada zawsze, odwrotnie niż tutaj.

Wstaniemy rano, pójdę z Panem Psem na spacer, potem zjemy śniadanko przygotowane przez Pana i Władcę, a potem zaczniemy się rozpakowywać... Pewnie wpadną sąsiedzi, żeby się przywitać i będzie jak w domu, ale nie w tym tutaj. Tutaj nikt nie przychodzi się witać, a czesto nawet nie mówią "dzień dobry". A resztę będę opowiadać tak często, jak to będzie możliwe.

Żeby tradycji stało się zadość, to pokażę jeszcze jedną z moich ostatnich prac, a potem idę szykować kanapki.

Decoupage tray with latin roses

Pa!

środa, 28 marca 2018

Dawno już wam nie opowiadałem co u mnie. Właściwie u mnie niewiele się dzieje. Siedzimy sobie w domku, czasem spacerujemy, rano z Ewą, wieczorem z Panem. Coraz więcej domów wokół, martwimy się, bo do tej pory byliśmy sami w okolicy, a teraz będą inni ludzie i pewnie będą hałasować i będzie im śmierdzieć z kominów. Do tej pory było fajnie, mogłem biegać po lasach i polach i spotykałem dużo Białych Tyłków i takie uciekające szybko z dużymi uszami, a teraz ich coraz mniej. Kiedyś ścigałem je ile sił w łapach, ale nigdy nie dogoniłem. A teraz to mi się już nawet biec za nimi nie chce, popatrzę tylko jak uciekają szybciutko i cicho znikają za drzewami.

Ewa mówi, że zaczynam się starzeć, że mam już ponad osiem lat, choć przecież nie wiadomo dokładnie, bo w schronisku, dawno temu też nie wiedzieli, więc mogę mieć nawet dziewięć... Nie wiem za bardzo co to znaczy, że zaczynam się starzeć, Pan mówi że wszyscy się starzeją i on też, więc skoro on też, to nie ma się czym martwić, bo Pan wie co się dzieje, a to wystarczy, prawda? 

I tak sobie myślę, że lubię kiedy każdy dzień jest taki sam, budzę się, dają mi trzy kanapeczki, potem spacer, potem śpię, potem Ewa daje mi wielką marchewkę, potem śpię, potem idę do ogrodu poszczekać trochę na obcych, potem obiadek, potem przychodzi Pan, potem się ze mną bawią, potem spacerek, potem oglądamy telewizor, potem śpię do rana. 

Ostatnio byłem u fryzjera, bo miałem tyle włosów, że aż było mi za gorąco. Teraz jest mi czasem za zimno, ale przykrywają mnie kocykiem i już jest dobrze.

Tak wygladałem przed pójściem do fryzjera:

Quattro the Dog - Black Russian Terrier

A tak wyglądam teraz na moim łóżeczku:

Quattro the Dog - Black Russian Terrier

I tyle na razie. Podaję łapę każdemu, kto chce, tylko proszę przynieść jakieś ciasteczka.

niedziela, 25 marca 2018

Nie, to nie to, co myślicie. Nie o takie "na tacę" chodzi, bo nigdy w życiu nie dałam i nie dam ani grosza, ani pensa, ani centa, ani mongoma nawet. Moja prababcia, która miała dwóch synów w USA, w czasach, kiedy za dziesięć dolców można było żyć przez miesiąc, do kościoła zanosiła co niedzielę właśnie owe dolców 10, co dawało 40 baksów miesięcznie, za co jego wielebność, czy jakoś, mógł sobie kupić wypasionego mirafiori po kilku miesiącach, a ona żyła za jakąś rencinę i przymierała głodem. Dobra, nie o tym chciałam... 

Moje tace służą wyższym celom - do podawania pachnącej kawy i herbaty, niekoniecznie w filiżankach. Do zbierania naczyć ze stołu i niesienia ich prosto do zlewu, albo zmywarki. Do kruszenia na nie, kiedy je się śniadanie w łóżku w piękny poranek, niekoniecznie w niedzielę.

Decoupage art-nouveau tray

Ta taca mogłaby powstać w epoce art-nouveau. Zachowałam wszelkie cechy epoki, łącznie ze stylem reklamy firmy, która sprzedaje kakao i to w płatkach / listkach. Czyż nie były to piękne czasy?

Roses tray decoupage

Tło dla róż to listy, zapewne miłosne, pisane dawno, dawno temu. Brzegi tacy mają złote refleksy, choć na zdjęciu (jak zwykle) tego nie widać. Widać natomiast wiktoriańskie róże, słodkie i śliczne.

Tray with blue roses, tea pot and cups decoupage

Nie wiem, co mi się bardziej podoba: filiżanki, czajnik, czy róże? Chyba filiżanki, które czekają na herbatę zaparzoną w czajniczku. Wierzcie mi, to w CZYM pije się ten napar naprawdę ma znaczenie.

Fields flowers tray, decoupage

Taca na zimowe śniadania, kiedy na dworze jeszcze mroczno, wieje północno-wschodni wiatr i wszystkiego się odechciewa. Rabatka pełna wesołych, polnych kwiatków działa jak... nie, właściwie nie działa.

Tyle o tacach na każdą okoliczność przyrody. Teraz powinnam się zabierać za jaja, ale nie chce mi się. Może w przyszłym roku

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17
Flag Counter