Kategorie: Wszystkie | Dom | Jacques Prevert | Kraina Deszczowców | Mr. Dog | Ogród
RSS
poniedziałek, 18 marca 2019

Dziękuję wszystkim za odwiedziny, za wsparcie, za sympatię, za pomysły (wspaniałe), za rady, za to, że byliście i że (mam nadzieję) jeszcze będziecie ze mną.

Jestem tu:

http://distantcruise.video.blog

i tu:

https://mycastle.video.blog/

Koniec i bomba, a kto nie czytał, ten trąba

 

(parafrazując Mistrza Witolda)

Dobra, spadam :-)

the end

the end

12:10, e.urlik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 marca 2019

Czy ktoś jest zainteresowany, czy nie, czy ktoś mnie lubi, czy nie, czy ktoś mnie jeszcze chce odwiedzić, czy nie, to i tak podaję adres mojego domowego bloga, który ciągle sie jeszcze rozwija i na którym będę pisać nowe rzeczy, kiedy skończę przenosić:

https://mycastle.video.blog

I jesteście wspaniałe / wspaniali

20:46, e.urlik
Link Komentarze (34) »
niedziela, 03 marca 2019

Znowu o głupim Bloxicie, ale tym razem krótko. Założyłam blog na WordPress, jest obrzydliwy, surowy, paskudny, jakby nie mój. Nie umiem ogarnąć. W każdym razie przenoszę mój "podróżniczy" blog, którego i tak nikt nie czyta i nawet... przenoszę, co po litrach wylanych łez (z bezsilności) jest wiadomością przecudowną. Adres: (pamiętajcie, że jest o moich podróżach, więc nuuuda, ale jeśli ktoś jeszcze nie był na Spitsbergenie, to niech zajrzy):

www.distantcruise.video.blog

Póki co migrena. Ale ściskam wszystkich, dziękuję za wsparcie, za rady, za pocieszanie i inne dobre słowa. 

13:08, e.urlik
Link Komentarze (43) »
piątek, 01 marca 2019

O Bloxicie (moje!!!) myślę chyba bez przerwy, starając się nie panikować, ale mi nie wychodzi. Nasza społeczność przypomina mieszkańców wielkiego domu, który niedługo ma się zawalić i wszyscy biegają po sąsiadach, pytając "co zabrać", "dokąd iść", a wy dokąd, a zabieracie ze sobą meble, czy tylko pamiątki rodzinne? Oprócz tego szukają nowego miejsca, zaczynają się pakować "na poważnie", inni zwlekają, niektórzy już znaleźli nowe miejsce... Są też tacy, którzy nie chcą się wynieść i będą czekać na koniec w starym domu. Biedni mieszkańcy - wygnańcy. 

Jeszcze o czymś: wczoraj wieczorem zadzwonił przerażony sąsiad, że się koło nas pali! Paliło się bardzo, a ma się co palić - wokół hektary suchych badyli, traw, małych drzewek, krzaków i wielkich drzew - sosen, dębów i brzóz, pełnych łatwopalnych substancji. Na szczęście wiał zachodni wiatr, zaganiając ogień wzdłuż, a nie w stronę naszego domu. Na nieszczęście wiatr był bardzo silny, więc ogień przenosił się błyskawicznie. Zadzwoniliśmy po Strażaków (kochani Strażacy), przyjechali szybko, ugasili. Wiedzieliśmy, że to podpalenie, bo kilka dni wcześniej już ktoś próbował podpalić trawy przy drodze.

Tak wyglądał nasz krajobraz wczoraj wieczorem:

Fire close to our house

Po po czterdziestu minutach nowy pożar! Znów sku...syn podpalił. Tym razem ktoś wcześniej zadzwonił po Straż, znów przyjechali i zgasili, choć tym razem trwało to dłużej.

Pożar po przyjeździe kochanych Strażaków:

Fire close to our house

Zanim odjechali, musieli gasić kolejny pożar, bo pier...ony podpalacz jeszcze kępę traw podpalił... I wtedy zaczęłam się naprawdę bać. Bo przecież w nocy wszyscy śpią i mogą nie zauważyć nowego ognia. W nocy wstawałam z szesnaście razy, chodziłam od okna do okna, sprawdzając, czy gdzieś się nie pali. O trzeciej piętnaście zauważyłam niewielki płomień (na szczęście trochę dalej od nas). Płomień raz przygasał, raz rozbłyskiwał silniej, tak jakby ktoś próbował go rozniecić. Po dwudziestu minutach zgasł, została tylko smuga dymu. Postałam jeszcze kwadrans w oknie, ale tylko smużka dymu sączyła się z wilgotnej trawy. Nie udało mu się tym razem! Tylko szkoda mojej nocy nieprzespanej :-(

Uściski dla wszystkich mieszkańców walącego się domu. Przy okazji: pamiętajcie o mieszkańcach Republiki Kiribati!

14:14, e.urlik
Link Komentarze (47) »
czwartek, 21 lutego 2019

To ja, Quattro. Muszę powiedzieć, że trochę nie mam czasu pisać, bo głównie śpię. Rano idę na spacerek z Ewą, ale nie bardzo dlaeko, bo potem kiedy wracamy, to trochę jestem zmęczony i bolą mnie nóżki, ale nic nie mówię, bo się martwią. Mówią, że jestem już niemłody, ale nie wiem co to znaczy, bo o tym nie myślę. 

Rano, kiedy się budzę mam dużo siły i badzo się ciesze, kiedy idę na spacer:

Ale kiedy wracamy, to chcę tylko śniadanko i spać:

 

Po spacerku śpię trochę, aż przynoszą mi śniadanko do łóżeczka i jem na leżąco, bo nie chce mi się wstawać. Potem idę trochę poleżeć przy Ewie, która gapi się w takie coś świecące, co trzyma na kolanach i coś tam robi palcami. Mówi, że pisze do różnych ludzi, ale wtedy idę spać do mojego łóżka. I tak mija czas do obiadu. Potem wraca Pan i bawią się z mną - ja na nich warczę (ale nie naprawdę), a oni mnie drapią za uszami i udają, że wyrywają mi zabawkę. Ale szybko nam się nudzi... Tak, kiedyś tyle nie spałem, ale teraz życie jest takie proste i zorganizowane. Mam nawet kilku kumpli i kiedy przychodzą, to śpimy wszyscy. Ewa mówi, że jesteśmy oddziałem geriatrycznym, ale to chyba nie jest nic do jedzenia... Jeszcze napiszę, bo teraz trzeba trochę pospać.

czwartek, 14 lutego 2019

Miałam tyle planów na Walentego, ale wyszło jak zawsze. Miałam ufarbować włosy, żeby były śliczne i romantyczne: Hair

Ale niestety, dopadła mnie migrena i wczoraj nie byłam w stanie zrobić niczego i w dodatku wygladałam tak:

Mona

A dziś, wymęczona bólem wyglądam tak, choć starałam sie ładnie ubrać:

Troll like me

Miałam zrobić tyle rzeczy, na przykład wykąpać psa-brudasa:

 

Quattro the Dog - Black Russian Terrier

żeby był czysty i śliczny i wyglądał tak:

Biały pies

Miałam też zamiar umyć kilka okien w domu, ale okna muszą poczekać:

Botanical garden

No nie zdołałam. Nawet serduszko-mokka które kupiłam na Walentego dla ukochanego zgniotło się pod marchewką. I jak tu żyć, panie premierze?

Ale wam wszystkim życzę, żebyście kochali siebie przede wszystkim!

17:01, e.urlik
Link Komentarze (46) »
wtorek, 05 lutego 2019

Na moich dzikich polach śnieg sięga Panu Psu do kolan, czyli jest jakieś 30 centymetrów. Sikory znowu wzięły się za dziobanie knedelków (tłuszcz+ziarno w zielonych siateczkach), a kos osiedlił się pod niskimi gałęziami sosen i wydaje mu się, że nikt go nie widzi. Rano, w wielkiej ciszy słychać trele jakiegoś ptaka, który anonsuje swoje szczęście. A widoki są takie, że dech zapiera i to wcale nie od smogu. Wszystko zmierza ku wiośnie, choć tego nie widać. Ale może przekona was historia Ziemniaczków, którym znudziło się mieszkanie w worku i postanowiły sprawdzić co dzieje się na świecie. Poznajcie Ziemniaczki:

Patatos in Spring

Są trochę zagubione, pierwszy raz widzą świat. Długo zastanawiały się co robić z wolnością.

Patatos in Spring

Postanowiły rozejrzeć się trochę po świecie, wiedząc że są już stare i niewiele zdołają osiągnąć.

Patatos in Spring

Wyruszyły w podróż pełną niespodzianek. Pokonały schody i odkryły suchy ogród na szczycie kredensu.

Patatos in Spring

Podobało im się w ogrodzie i opalały się w pięknym, zimowym słońcu, choć nie miały pojęcia co to jest słońce.

Patatos in Spring

Siedzenie w szkle też nie przypadło im do gustu, bo nie było tam nic do zrobienia, choć świat zza szyby wydawał się jeszcze ładniejszy.

Patatos in Spring

Zwiedziły kilka bardzo modnych klubów i dyskotek, ale dowiedziały się, że alkohol jest robiony także z ziemniaków i straciły ochotę do zabawy :-(

Patatos in Spring

Zwiedziły też obce kraje, ale w tych południowych było im za gorąco i czuły, że wysychają starzeją się jeszcze szybciej.

Patatos in Spring

Aż wreszcie dotarły na wieś i stwierdziły, że to jest dla nich właściwe miejsce. Czuły, że nadchodzi kres ich życia, ale nie żałowały, że było takie krótkie i nieciekawe, bo przynajmniej na koniec stało się bogatsze i bardziej wartościowe. Przed śmiercią postanowiły jeszcze się rozmnożyć, żeby pozostawić po sobie jakiś ślad i uzasadnienie ich istnienia. Ale nikt nie zwrócił na to uwagi.

poniedziałek, 28 stycznia 2019

Mam wielkie szczęście, bo mój blog odwiedzają wspaniałe dziewczyny, na które mogę liczyć w kwestiach wielu: pocieszenia, dołączenia do moich utyskiwań, albo odcięcia się od moich utyskiwań, stawiania mnie do pionu, kiedy upadam, albo walnięcia w łeb, kiedy się zapomnę, zrozumienia moich idei, obrony zwierząt, pozostawania po tej samej stronie barykady, kiedy trzeba rzucić kamień we wraże siły polityczne, współodczuwania, czyli empatii, pozostawania w proletariackiej czujności, kiedy dzieje się coś paskudnego oraz porad wszelakich, na czele z kulinarnymi, co w mojej sytuacji jest bardzo pożądane. Mój mózg nie wykształcił części odpowiedzialnej za gotowanie, więc nie potrafię nic ciekawego upichcić bez łopatologii. Wiem co mówię, bo wczorajsza lasagne... Cóż.

Myślę, że ludzkości, która ma jeszcze tylko dwie minuty do końca świata jaki znamy, nie zaszkodziłaby książka kucharska dla debili kulinarnych (takich jak ja) i może świat byłby bardziej oddalony od zagłady. Póki co, pełna pokory, prezentuję obrazek dnia ("Mam kuchnię tylko dlatego, że była razem z domem") i dziękuję Ani. 

My cooking

I Matyldzie. I Magdzie. I Tess. I Basi. I Emmie. I Ervishy. I Kobiecie w Barwach Jesieni. I Pani z Belgii. I Kolewoczy. I wszystkim innym, których nie zdołałam wymienić. 

14:21, e.urlik , Dom
Link Komentarze (52) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21
Zakładki:
My travel blog
Flag Counter